napisz do mniemapa stronystrona główna


strona główna kocia lektura


  Strona główna
  Dlaczego kot?
  Pochodzenie
  Boskie zwierzę
  Anatomia
  Rozmnażanie
  Kocięta
  Żywienie
  ABC zdrowia
  Choroby zakaźne
  Zachowanie
  Koty rasowe
  Kocia literatura
  Kocie książki
  Kocie imiona
  Proste pytania
  Kocie przysłowia
  Ochrona kotów
  Ustawa
  Linki


 Koty w sztuce
 Koty na znaczkach
 Kot autorki strony
 Kocie tapety
 Koci humor


 Poleć nas
 Dodaj do Ulubionych
 Zobacz księgę
 Dopisz do księgi

Szukaj słowa:
NA KOCIĄ ŁAPĘ

Jeffrey Archer

Obudziłam się, kiedy jeszcze spał, trochę podniecona, ale wiedziałam, że nie ma na to rady. Zmrużyłam oczy i mój wzrok natychmiast przystosował się do półmroku. Podniosłam głowę i spojrzałam na wielkie, nieruchome białe cielsko obok mnie. Gdyby zażywał tyle ruchu co ja, pozbyłby się tego sadła, pomyślałam bez sympatii.

Roger poruszył się niespokojnie i nawet obrócił w moją stronę, ale wiedziałam, że się nie ocknie, póki nie zadzwoni budzik po jego stronie łóżka. Przez chwilę się zastanawiałam, czy jeszcze pospać, czy może wstać i coś zjeść, zanim on się zbudzi. W końcu jednak postanowiłam się nie ruszać; dalej leżałam i śniłam na jawie, uważając wszakże, żeby mu nie zawadzać. Kiedy nareszcie otworzy oczy, udam, że śpię - wówczas będzie musiał przygotować mi śniadanie. Zaczęłam myśleć o tym, co należy zrobić, kiedy on pójdzie do biura. Nie interesowało go, czym zajmuję się w ciągu dnia, bylebym była w domu i witała go, gdy wraca z pracy.

Z jego strony łóżka dobiegały stłumione dźwięki. Chrapanie Rogera nigdy mi nie przeszkadzało. Darzyłam go bezgraniczną czułością i byłabym szczęśliwa, gdybym umiała to wyrazić. Prawdę mówiąc, był pierwszym mężczyzną, którego ceniłam. Wpatrując się w jego nie ogoloną twarz, uzmysłowiłam sobie, że to nie wygląd pociągnął mnie do niego wtedy pubie.

Pierwszy raz bowiem ujrzałam Rogera w pubie Kot z Gwizdkiem na rogu Mafeking Road. Spotykali się tu wszyscy z sąsiedztwa. Roger zazwyczaj zjawiał się koło ósmej wieczorem, zamawiał kufel ciemnego łagodnego piwa i niósł go do małego stolika w kącie, tuż obok tablicy do strzałek. Najczęściej siedział sam i patrzył na latające strzałki. Celowano nimi do środka tarczy, ale na ogół lądowały na brzegu, a czasem w ogóle mijały się z tablicą. Sam nigdy nie grał i nieraz się zastanawiałam, przyglądając mu się zza kontuaru, czy bał się, że ktoś mu zajmie ulubione miejsce, czy też po prostu rzutki go nie interesowały.

A potem nagle sprawy przybrały nowy dla Rogera obrót - on bez wątpienia sądził, że na lepsze - gdy pewnego wiosennego wieczoru blondynka imieniem Madeleine, ubrana w sztuczne futro i pijąca podwójny dżin, usadowiła się na stołku obok niego. Nigdy przedtem nie widziałam jej w pubie, ale znano ją w okolicy i z podsłuchanej rozmowy przy barze wynikało, że ten związek długo nie potrwa. Wiecie, ludzie mówili, że ona rozgląda się za kimś, czyje horyzonty nie ograniczają się do Kota z Gwizdkiem.

I rzeczywiście romans - jeśli do niego doszło - trwał zaledwie dwadzieścia dni. Wiem, bo liczyłam każdy z nich. Potem, któregoś wieczoru, usłyszeliśmy podniesione głosy, więc wszyscy odwrócili głowy i patrzyli, jak ona wstaje z tego stołka równie nagle, jak na nim usiadła. Roger odprowadzał ją zmęczonym spojrzeniem, kiedy szła w stronę wolnego miejsca przy barze, ale nie okazał zdziwienia, że go opuściła, ani nie próbował jej zawrócić.

Jej odejście stało się dla mnie sygnałem, aby wkroczyć na scenę. Prawie skoczyłam zza baru i poruszając się na tyle szybko, na ile pozwalała mi godność, w kilka sekund dopadłam stołka, który się zwolnił. Roger nie odezwał się ani słowem i naturalnie nawet nie próbował zaproponować mi kieliszka, ale z jednego spojrzenia jakie mi rzucił, poznałam, że ta zamiana nie była mu niemiła. Rozejrzałam się dookoła, sprawdzając, czy ktoś nie ma chrapki na moje miejsce. Mężczyźni koło tablicy nie zwracali na mnie uwagi. Całkowicie ich pochłaniało liczenie punktów. Zerknęłam w stronę baru, by sprawdzić, czy szef nie zauważył mojej nieobecności, ale przyjmował właśnie zamówienie. Madeleine piła już szampana; jedyną butelkę tego trunku, jaka była w pubie, kupił obcy przybysz, którego stylowa dwurzędowa marynarka i much w prążki upewniły mnie, że ona nie będzie sobie więcej zawracać głowy Rogerem. Wyglądało na to, że jest urządzona na co najmniej kolejne dwadzieścia dni.

Podniosłam oczy i spojrzałam na Rogera - od jakiegoś czasu wiedziałam, jak ma na imię, chociaż nigdy tak się do niego nie zwracałam i nie byłam pewna, czy on zna moje. Zaczęłam nieco przesadnie trzepotać rzęsami. Było mi trochę głupio, ale przynajmniej udało mi się wywołać na jego twarzy łagodny uśmiech. Pochylił się i pogłaskał mnie po policzku; dotyk jego ręki był nadzwyczaj delikatny. Żadne z nas nie odczuwało potrzeby mówienia. Oboje byliśmy samotni i nie wydawało się konieczne tłumaczyć dlaczego. Siedzieliśmy milcząc, on z rzadka pociągał łyk piwa, ja od czasu do czasu zmieniałam pozycję, a tuż koło nas śmigały strzałki, dążąc ku nieodgadnionemu celowi.

Gdy właściciel pubu zawołał: "Ostatnie zamówienia!", Roger wypił do dna swoje piwo, a gracze zakończyli ostatnią rundę. Nikt nic nie powiedział, jak wychodziliśmy razem i byłam zaskoczona, że Roger nie protestuje, gdy towarzyszyłam mu w drodze do jego małego bliźniaka. Wiedziałam, gdzie mieszka, bo kilkakrotnie widziałam, jak stał rano na przystanku autobusowym na Dobson Street, w milczącej kolejce zaspanych pasażerów. Kiedyś nawet przycupnęłam na pobliskim murku, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Miał anonimową, prawie pospolitą twarz, ale za to oczy tak pełne dobroci i uśmiech tak miły, jak nikt. Martwiło mnie tylko, że zdawał się nie wiedzieć o moim istnieniu, wciąż pochłonięty czym innym, wieczorami wpatrzony w Madeleine, rankami myślący o Madeleine. Jak ja jej zazdrościłam! Miała wszystko, czego pragnęłam - oprócz przyzwoitego futra, jedynej rzeczy, jaką odziedziczyłam po matce. Prawdę mówiąc, nie powinnam być uszczypliwa wobec Madeleine, bo na pewno jej przeszłość nie była tak mroczna jak moja.

Wszystko to zdarzyło się ponad rok temu i żeby dowieść Rogerowi mego absolutnego oddania, od tamtej pory nigdy nie przekroczyłam progu pubu Kot z Gwizdkiem. Odnosiłam wrażenie, że zapomniał o Madeleine, ponieważ nigdy o niej przy mnie nie wspomniał. Nadzwyczajny mężczyzna - nigdy mnie nie pytał o moje dawne związki.

Może powinien był. Chciałabym, żeby znał prawdę o moim życiu, sprzed naszego spotkania, chociaż teraz wydaje się to bez znaczenia. Wiecie, byłam najmłodsza z czworga rodzeństwa i zawsze na szarym końcu. Nie znałam mojego ojca, a kiedy pewnego wieczoru wróciłam do domu, dowiedziałam się, że matka dała drapaka z kochankiem. Tracy, jedna z moich sióstr, poradziła mi, abym nie spodziewała się, że matka wróci. Miała rację. Nigdy więcej nie widziałam matki. To okropne przyznać, choćby tylko przed sobą, że twoja matka jest włóką.

Osierocona, zaczęłam się wałęsać, usiłując nie podpaść stróżom prawa, co nie jest takie łatwe, kiedy się nie ma gdzie złożyć głowy. Nawet już nie pamiętam, jak to się stało, że los zetknął mnie z Derekiem - jeśli Derek to było jego prawdziwe imię. Otóż ten zmysłowy brunet, któremu nie oparłaby się żadna subtelna przedstawicielka płci pięknej, powiedział mi, że ostatnie trzy lata spędził na statku handlowym. Kiedy mnie pieścił, gotowa byłam uwierzyć we wszystko, co mówił. Wyznałam mu, że jedyne, czego pragnę, to własny ciepły kąt, regularne posiłki i może z czasem własne potomstwo. Postarał się, aby jedno z tych życzeń się spełniło, bo w parę tygodni po jego odejściu urodziłam córeczki, bliźniaczki. Derek nigdy ich nie widział; wrócił na morze, zanim zdążyłam mu powiedzieć, że jestem w ciąży. Wcale nie musiał obiecywać mi gwiazdki z nieba; był piękny i dobrze wiedział, że poleciałabym za nim choćby tylko na jedną krótką noc.

Próbowałam przyzwoicie wychować córeczki, ale tym razem władze mnie nakryły i straciłam je obie. Ciekawa jestem, gdzie teraz są. Jeden Bóg wie. Mam tylko nadzieję, że trafiły do porządnego domu. Odziedziczyły po ojcu urodę, co tylko może pomóc im w życiu. To jeszcze jedna rzecz, o której Roger nigdy się nie dowiedział. Jego bezgraniczna ufność pogłębia tylko moje poczucie winy, a teraz trudno mi znaleźć sposób na wyznanie prawdy.

Po odejściu Dereka żyłam samotnie blisko rok, a w końcu podjęłam pracę na niepełnym etacie w pubie Kot z Gwizdkiem. Właściciel był tak niegodziwy, że nawet by mi nie zapewnił jedzenia i picia, gdybym nie dotrzymała warunków umowy.

Roger zazwyczaj przychodził do pubu raz, czasem dwa razy w tygodniu, zanim spotkał tę blondynkę w wyświechtanym futerku. Potem zjawiał się co wieczór, póki ona nie zerwała się nagle i nie odeszła.

Wiedziałam, że bylibyśmy idealną parą, kiedy pierwszy raz usłyszałam, jak zamawia kufel ciemnego łagodnego piwa. Trudno byłoby znaleźć lepsze określenie samego Rogera. W owych dniach barmanki jawnie go podrywały, ale jego to nie brało. Zanim Madeleine przyczepiła się do niego, nie byłam nawet pewna, czy preferuje kobiety. Może to mój wygląd hermafrodyty pociągnął go do mnie?

Myślę, że byłam jedyną istotą w tym pubie, której zależało na stałym partnerze.

Tak więc, Roger pozwolił mi spędzić ze sobą noc. Pamiętam, że wślizgnął się do łazienki, aby się rozebrać, ja zaś ułożyłam się po tej stronie łóżka, która, jak założyłam, miała być moja. Po tej nocy Roger nigdy nie zażądał, abym sobie poszła, nigdy też nie próbował się mnie pozbyć. Dobrze nam było ze sobą. Nie zdarzyło się, żeby Roger podniósł głos albo niesprawiedliwie mnie skarcił. Wybaczcie banał, ale przynajmniej raz udało mi się spaść na cztery łapy.

Drr, drr, drr... To ten przeklęty budzik. Żebym tak gdzieś go mogła schować! Ten przeszywający dświęk będzie świdrował mi w uszach, póki Roger się nie przebudzi. Kiedyś spróbowałam dosięgnąć go i uciszyć, ale tylko strąciłam to szkaradzieństwo na podłogę, co bardziej zirytowało Rogera niż sam dźwięk. Przysięgłam sobie, że więcej tego nie zrobię. Nareszcie spod koca wyłoniło się długie ramię i terkotanie umilkło. Lekko śpię - budzi mnie najlżejszy szmer. Gdyby tylko Roger mnie poprosił, budziłabym go każdego ranka o wiele delikatniej niż budzik. Ostatecznie moje sposoby są równie niezawodne jak te fabryczne urządzenia.

Na wpół przebudzony Roger na moment mnie przytulił, a potem pomasował mi grzbiet, co zawsze skłania mnie do uśmiechu. Potem ziewnął, przeciągnął się i oznajmił jak co rano: "Muszę się pośpieszyć, bo inaczej spóźnię się do biura". Inną może by znudziło słuchanie tego samego dzień w dzień - ale na pewno nie mnie. Te gesty i słowa są częścią życia, dają mi poczucie bezpieczeństwa i pewność, że nareszcie znalazłam przystań. Roger wsunął lewą stopę w prawy pantofel i prawą w lewy - szansa właściwego trafienia wynosi jeden do jednego - a następnie poczłapał do łazienki. Wyłonił się stamtąd po piętnastu minutach, ale wyglądał niewiele lepiej, niż przedtem. Nauczyłam się tolerować jego słabostki, jak by to nazwali niektórzy, on natomiast pogodził się z moją manią na punkcie czystości i potrzebą bezpieczeństwa.

Wstawaj leniu - ofuknął mnie, ale tylko się uśmiechnśł widząc, jak zmieniam pozycję i układam się w wygrzanym wgłębieniu, które zostawił po sobie. - Coś mi się wydaje, że chcesz, abym zrobił ci śniadanie zanim wyjdę do pracy? - dodał, schodząc na dół.

Nie zadałam sobie trudu, żeby mu odpowiedzieć. Wiedziałam, że za moment otworzy frontowe drzwi, podniesie poranne gazety, pocztę i weźmie butelkę mleka, którą codziennie stawiają przed progiem. Jak zwykle nastawi wodę, potem sięgnie do kredensu, wsypie do miseczki moje ulubione płatki i zaleje mlekiem, a sobie zostawi tyle, żeby wystarczyło na dwie filiżanki kawy. Mogę odgadnąć co do sekundy, kiedy śniadanie będzie gotowe. Najpierw usłyszę szum gotującej się wody, parę chwil później bulgot nalewanego mleka, a w końcu łoskot odsuwanego krzesła. To dla mnie sygnał, że czas dołączyć do Rogera.

Powoli rozprostowałam nogi, a przy okazji zauważyłam, że muszę skrócić sobie paznokietki. Postanowiłam dokładnie się umyć już po wyjściu Rogera. Usłyszałam szuranie krzesła po linoleum. Przepełniła mnie taka radość, że dosłownie wyskoczyłam z łóżka i skierowałam się w stronę otwartych drzwi. Po kilku sekundach byłam na dole. Roger właśnie niósł do ust pierwszy kęs, ale przestał jeść z chwilą, gdy mnie zobaczył.

Miło, że przyszłaś mi towarzyszyć - powiedział z szerokim uśmiechem.

Podeszłam leciutko do niego i oczekująco spojrzałam mu w oczy. Schylił się i przysunął mi miseczkę. Zadowolona zaczęłam chłeptać mleko, zarzucając na boki ogonem.

To nieprawda, że zarzucamy ogonami tylko wtedy, kiedy jesteśmy złe.




Kot w butach
braci Grimm

Chory kotek
Stanisław Jachowicz
Na kocią łapę
Jeffrey Archer
Mysz i kot
Ignacy Krasicki
Kotek
Julian Tuwim




Projekt i wykonanie
Wszelkie prawa zastrzeżone
w górę